niedziela, 20 marca 2016

To był długi dzień...

Wielki dzień dziś. Niedziela palmowa! Zgodnie z Wikipedią zostało ono ustalone na pamiątkę przybycia Chrystusa do Jerozolimy. I niech tak będzie, nie będę dociekliwym, to mi wystarczy - nie jestem religijnym fanatykiem, a i do praktykującego jakoś mi daleko:-/.    
Ale dziś też wielki dzień ma moja córka - otóż od dziś dla niej "Wielka niedziela" będzie się kojarzyć nie z przybyciem Chrystusa do Jerozolimy - bynajmniej, a z jej - pierwszą poważną wycieczką. Nie byle jaką, bo zagraniczną - niezbyt daleką - ale jednak.
Wraz z żoną jadą na Tropikalną wyspę, na której spędzą calusieńki dzień!
Czy może być coś dla 7 latki bardziej fascynującego niż perspektywa spełnienia tego co można przeczytać na ich stronie internetowej "Marzą Wam się tropikalne wyspy? Zapraszamy na krótki urlop do Tropical Islands! Czekają Was spacery po plaży Morza Południowego, ekspedycje po Lesie Tropikalnym, relaks w Strefie Saun, wiele wyjątkowych atrakcji dla dzieci i frajda dla całej rodziny".
Także sami rozumiecie - przekazywanie tradycji chrześcijańskich z pokolenia na pokolenie odwlecze nam się w czasie.
Ja z "Majlem" zostałem w domu, żonka rozpisała nam (w sensie mi) - mini plan działań do wykonania na dziś, którego i tak nie zapamiętałem w całości, ale i tak - ten, tego...no - nudzić się nie będę;-).
Mam cały bajzel w kuchni do ogarnięcia po tym jak dziewczyny z samego rana szykowały wyprowiantowanie na podróż. "Majlo" jeszcze śpi, kawa zrobiona, wyra pościelone! Teraz tylko czekam, aż młody wstanie, zje śniadanie i zaczniemy realizować grafik.
Ale puki co rozkoszuję się "Cantaloupe Island" - Herbiego Hencocka, popijając kawę i klepiąc paluchami w klawiaturę mojego/naszego nowego nabytku w postaci czerwonego Asusa o standardowej przekątnej 15,6".
Stary sprzęt - również tej samej firmy tylko 10" odszedł do lamusa a w jego miejsce wkroczył wielki, czerwony potwór powodujący we mnie nie odparte wrażenie - jakbym siedział przed telewizorem;-). Toż to ledwo mi się na stole w kuchni mieści! Ale wznieśmy się ponadto - niczym Claire i Francis Underwood wznieśli się ponad małżeństwo;-).
Czeka mnie dziś wspaniały dzień obcowania z synem - sam na sam! Tylko ja i on...i ta nieszczęsna lista spraw pilnych - do zrobienia. Damy radę choć mistrzem organizacji nie jestem ale podświadomość mi podpowiada, że jak nie ja to...nikogo innego tu nie ma;-).
Więc plan jest taki:
1. Posprzątać chawirę - ale to jak mały wstanie - bez odkurzania się nie obejdzie;
2. Wyjść do Pepco po ozdoby na "pisankę" - przy okazji zaliczymy też i spacer;
3. Zrobić wydmuszkę - ogarnąłem temat na YouTube - jakby ktoś, coś to...https://www.youtube.com/watch?v=2TfdPhDGhjE
4. Przygotować ciuchy na jutro - mam do ogarnięcia dwoje dzieciaków i deadline na stawienie się w pracy - 7:30, także naszykowane ciuchy będą jutro z samego rana jak znalazł;
5. yyy...nie pamiętam, czekam aż żona na "Tropikalnej wyspie" znajdzie Wi-Fi i się odezwie;-). Będę pytał, bo kto pyta nie błądzi.
Jest 7:15 - kawa wypita, zmywarka wstawiona, kuchnia względnie ogarnięta - młody wciąż śpi...
Zerkam na zegar...12:15 - mieszkanie odkurzone, kurze starte, podłogi pomyte! Młody jeszcze nie śpi, choć już trze ślepia...czas leci - jeszcze muszę wyskoczyć do Pepco, po ozdoby do pisanki dla "Misi" zanim zamkną.
Wydmuszki?! Już zrobione, spakowane w plastikowym pojemniku, owinięte papierowym ręcznikiem, każda z osobna - zrobiłem 3 bo jak wiadomo do trzech razy sztuka;-). Ciuchy już też, zawczasu ogarnąłem - także leżą i czekają na jutro. I co tu robić? Lista spraw pilnych - zrealizowana ale wciąż mam wrażenie, że o czymś zapomniałem. Zerkam znów na zegarek...13:00- młody nie śpi - to ostatni moment na wypad po te nieszczęsne ozdoby i jakieś drobne zakupy w "Bidzie" - idę!
Ubrałem "Majla", siebie i ruszyliśmy przez "ścieżkę zdrowia" (psychicznego) tzn. Bagietka, Pepco, kiosk Ruchu, Biedronka. W tej ostatniej syn postawił mnie przed faktem dokonanym - chwycił wieeeelkie Kinder jajo i...już nie puścił - z 15 zeta w plecy a przede mną jeszcze droga powrotna!
W Pepco ku mojemu zaskoczeniu dał się przekonać, że zestaw 8 resoraków jest gorszy od wozu strażackiego za 4,99zł - zuch chłopak!
Super dzień mi się trafił - "Majlo" daje żyć, biorąc pod uwagę, że nie spał popołudniu - pewnie szybko zaśnie na noc, więc jeszcze będzie czas na ostatni odcinek czwartego sezonu House of Cards -
czyli odrobina przyjemności nie związanej z opieką nad dzieckiem, na którą uważam, że zasłużyłem.
W momencie pisania ostatniego zdania młody...zasnął i...CHDiKK z wieczornych przyjemności!
Zerkam na zegar...14:30 - dam mu godzinę, po czym zastosuję terapię wstrząsowo-szokową i go obudzę...
Terapia wstrząsowo-szokowa przyniosła zamierzony efekt - młody wstał. Zerkam na zegarek...16:20 - od około 20 minut młody bawi się wozem strażackim za 4,99zł. To był dobry zakup - dający chwilę wytchnienia od wspólnej zabawy! Nie to, żeby mnie ona męczyła ale jednak puszczanie "ciuchci" ze zjeżdżalni przez bitą godzinę potrafi zmiękczyć każdej dorosłej osobie pokłady cierpliwości.
Od mniej więcej 5:50 nieustannie trwa niedzielny relaks - mój i dziewczyn, które gdzieś tam hen na "rajskiej wyspie" rozkoszują się własnym towarzystwem oddając się zabawie - my również nie próżnujemy - czas na klocki. Będzie wieża - wtem...babcia zadzwoniła z propozycją pogaduch przez Skypea. Młody się ucieszył - ze 40 minut nawijał jej i dziadkowi "makaron" na uszy:-). Szkoda, że mamy tak mało czasu na odwiedzanie dziadków czuję, że pewnego, pięknego dnia "Majlo" będzie miał do nas żal o to! Po każdej takiej rozmowie obiecuję sobie, że częściej będziemy jeździć w moje rodzime strony ale...pewnie będzie jak zawsze.
Sprzątanie, zabawa, sprzątanie, zabawa chwila odpoczynku i powtórka. Czuję się wypompowany, zerkam na zegar...20:45- nastąpiło ewidentne zmęczenie materiału. Przebrałem młodego w pidżamę i położyłem do łóżka a nuż, widelec zaśnie?!
Popijam wodę, wyciąga naczynia ze zmywarki - w tle "Stressed Out" A Tribe Calle Quest i Faith Evans...fajny beat! Idealny na zakończenie dnia, jeszcze serialik, tym razem coś od Marvela - Daredevil o ile księciunio raczy zasnąć o rozsądnej porze.:-/
Zerkam na zegarek i...21:47 - zasnął!!!!!
Mission Completed!!!












niedziela, 13 marca 2016

O wstydzie i polityce. Czyli freestyle made in Ja!

Straszne, nie wyobrażalne faux pas popełniłem. Nie wybaczalne wręcz, haniebne, koszmarnie głupie, przykre, zadające cios - niemalże śmiertelny środowisku muzycznemu, dla którego osoba ta, również dla mnie - jest IKONĄ. Mało tego osoba ta - jest również niepełnosprawna tzn. jest niewidoma! Popełniłem jakby to określić delikatnie rzecz ujmując...Combo killera! Hańba mi! Będę smażył się w piekle za to!
Otóż w jednym z twittów zasugerowałem, iż Stevie Wander nie żyje!!! 
A to psikus - Stevie nie dość, że żyje, to jeszcze nie tak dawno temu, wystąpił podczas przerwy w meczu o mistrzostwo NFL. Wstyd na cały świat - w sensie nie to, że Steavie wystąpił podczas Super Bowl, tylko wstyd mnie - za to co napisałem. Ale nie cofnę czasu, nie będę usuwał wpisu, bo i po co?! Jak to mówią w internecie nic nie ginie, a mężczyznę od chłopca odróżnia to, że potrafi brać odpowiedzialność za słowa. I biorę ją! Ten wpis będzie moją Karmą, klasycznym przypadkiem prawa: przyczyna - skutek.
Nie jestem osobą publiczną i wiem, że skutki moich haniebnych czynów w sieci (nie hejterskich) raczej nie zrujnują mi życia. Co innego osoby ze "świecznika" - te mają sporo do stracenia! Popularność w ich przypadku wymusza wręcz na nich efekt tzw. poprawności politycznej czego późniejszym skutkiem jest np. usuwanie niewygodnych, dwuznacznych wpisów na portalach społecznościowych - stworzonych na fali emocji czy pod wpływem chwil -nie ważne, jak zwał, tak zwał.
Z takiego ekstrawaganckiego paplania wirtualnym jęzorem słynęła np. obecna szefowa "Wiadomości" TVP - Marzena Paczuska. Otóż w momencie kiedy zaczęto plotkować o możliwości objęcia przez nią owego stanowiska, ta usunęła większość swoich wpisów na Twitterze. Tego typu działań nie ustrzegli się również prawicowi dziennikarze jak Marek Magierowski, Marcin Kędryna czy też Samuel Pereira, którzy zasilili stronę rządową, bądź objęli stanowiska z tzw. politycznego nadania. 
Wszystkich ich łączy jedna rzecz - nie, wcale nie mam na myśli tego, kogo popierają, a to, że każdy z nich zapomniał maksymy, która swoją legendą już pewnie nie długo dorówna tej o piłce i tym, że bramki są dwie - a mianowicie...w sieci nic nie ginie!!! 
Z ostatnich przykładów jakie można przytoczyć to wpis jaki pojawił się na Twitterowym koncie Kancelarii Prezydenta o tym, że Prezydent RP popiera zmianę nazwy lotniska imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku, tuż po tym jak za sprawą prokuratorów z IPN "trupy" z szafy Kiszczaka ujrzały światło dzienne. Jeszcze tego samego dnia osoba prowadząca konto KPRP na powyżej przytoczony portalu społecznościowym przeprosiła za to, a sam Prezydent zaprzeczył by takie słowa kiedykolwiek padły z jego ust. Wstydliwa piaskownica!
Sporo wstydu musiał się najeść swego czasu nijaki Mateusz Kijowski - założyciel Komitetu Obrobrony Demokracji! Otóż okazało się, iż ów jegomość, krzyczący z mównicy na organizowanych przez KOD wiecach hasła przeciwko łamaniu prawa przez obecnie panującą nam "władzunię" sam je łamie - nie płacąc alimentów! Żenujący typ, choć nie wiem kto bardziej on, czy biorący go w obronę tymi oto słowami redaktor Polityki i TokFm Jacek Żakowski "...w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę..."! K...a! Z całym szacunkiem dla Pana redaktora Żakowskiego ale Kijowski nie płaci alimentów, nie od rozpoczęcia "wojny" tylko co najmniej od 3 lat wstecz!
Szczególnym przypadkiem specjalnej troski jest kazus o zasięgu bardziej w skali makro czyli wybory parlamentarne/samorządowe jednym słowem polityka! 
Jedna, jedyna rzecz, zapadła mi w pamięć z wyborów w 2005 roku a w zasadzie to, co było po nich! Otóż w momencie, w którym Prawo i Sprawiedliwość zdobyło dublet czyli odnieśli zwycięstwo w wyborach parlamentarnych a ich przedstawiciel Ś.P. Lech Kaczyński został wybrany na Prezydenta RP, w narodzie zapanowała dziwna anomalia! Wstyd! Mało było takich, którzy otwarcie mówili na kogo oddali swój głos! Nie bez przyczyny popularny w tamtym okresie stał się żart, którego sentencja brzmiała mniej więcej tak: "...jak to jest, że nikt na nich nie głosował a wygrali?"
I tak to z tymi naszymi wyborami jest. Najpierw na fali emocji idziemy głosować, po ogłoszeniu "wyroku" odczuwamy radość, a jak już zaczniemy odczuwać zażenowanie postawą tych, na których oddaliśmy głos to podkulamy pod siebie przysłowiowy ogon i mówimy: 
- Co za debil na nich głosował?! 
I jak, na bazie takich wszędobylskich zachowań, wymagać później odpowiedzialności za słowa i czyny, których się dopuścili wybrańcy narodu, skoszarowani w przysłowiowym "cyrku" na ul. Wiejskiej w stolicy z immunitetem w ręku?! Ano...nijak, gdyż oni nie czują tego, co ty czy ja! Wstydu nie czują!
Jeszcze do czegoś wam się przyznam! Głosowałem na Lecha Kaczyńskiego we wspomnianych wcześniej wyborach prezydenckich w 2005 roku. I nie wstydzę się tego, gdyż uważam, że na tamten czas był najlepszym kandydatem - no przecież nie wnuk wermachtowca z wilczymi oczami;-). To oczywiście żart ale na prawdę uważam, że Lech Kaczyński w 2005 roku przekonywał bardziej niż plastikowy Donald Tusk ze swoją zamerykanizowaną kampanią wyborczą! 
Daleko mi do bycia entuzjastą #dobrazmiana (PiS) w zasadzie równie daleko mi do tych, co głosili hasła #byzylosielepiej (PO), gdyż ani jedni, ani drudzy tak na prawdę w tych swoich spotach kampanijnych nie określają grupy docelowej, której ta cała maskarada ma dotyczyć!
Patrząc z pewnym dystansem na to, co dziś można zobaczyć i usłyszeć w programach informacyjnych, coraz bardziej jestem przekonany o tym, że nasi politycy od lewa do prawa kierują się jednym i tym samym programem na rządzenie, który określił bym mianem Rodzina na swoim! W dodatku to wszędobylskie TKM (Teraz Kurwa My) jest nie do zniesienia! Czy na prawdę jedynym czynnikiem pchającym ludzi w ramiona polityki są "stołki" - mierny, bierny ale wierny!? Na prawdę! A tak po ludzku - nie wstyd wam! Gdzie się podziali społecznicy, którym przyświecały ideały, którzy mieli coś do powiedzenia w obszarze, który znają, w którym się kształcili, w którym czują się mocni, w którym można powiedzieć są ekspertami?! Czy na prawdę ktoś wierzy w to, że wraz z nabyciem legitymacji partyjnej, byle chłystek staje się ekspertem z zakresu fizyki kwantowej, medycyny czy prawa? Czy wy na prawdę moi drodzy wierzycie w to, że typek o nazwisku "Sasin", który studiował historię, może mieć wiedzę z zakresu prawa konstytucyjnego by pouczać ludzi, którzy na tym prawie zjedli przysłowiowe zęby! Czy na prawdę ktoś z was, wierzy w to, że typek o nazwisku "Kosiniak-Kamysz" może zarzucać obecnie rządzącym kumoterstwo czy nepotyzm, czyli to czego jego partia z której się wywodzi była niemal prekursorem na Polskiej scenie politycznej?! Ludzie czy wy nie macie wstydu?!  

sobota, 27 lutego 2016

W...konfesjonale!

Ciężki tydzień za mną a kolejne przede mną w niezbyt odległej perspektywie. Ostatnio za sprawą żony uświadomiłem sobie, że dużo myślę tylko...nie o tym co trzeba. Łeb mi pęka od natłoku przemyśleń, skumulowanych po niezbyt przyjemnych słowach jakie w ostatnim tygodniu było mi dane - i wypowiedzieć   - i usłyszeć.
Otóż dotarło do mnie w końcu jak ciężkie jest życie z takim dzikim gnomem jak ja. Nie wiem czy to jakiś przedwczesny kryzys wieku średniego czy po prostu lenistwo. Jeszcze jedna opcja wchodzi w grę i z tego - być może, a wręcz prawdopodobnie - nałogu - chciałbym się wyspowiadać!
Portale społecznościowe, nowinki techniczne i pieprzone Wi-Fi wpędziły mnie w nie lada tarapaty. Od zawsze byłem łasy na rzeczy, które mnie w pewien sposób resetują np. gry video. Nie wczuwam się w postać, rzadko kiedy też śledzę historię na ekranie raczej gram dla grania dla relaksu. Odpręża mnie to...no może poza grami "sportowymi", które wprawiają mnie raczej w stan irytacji niż satysfakcji.
Telewizja też jest niezłym narkotykiem o czym wiadomo nie od dziś. Sztampowe programy odmóżdżające umysł nie służą niczemu i nikomu, no może poza ich twórcami i stacjami telewizyjnymi, które dzięki nim trzepią niezły hajs na blokach reklamowych. Tudzież w odróżnieniu od gier komputerowych w TV odpręża mnie oglądanie sportu właśnie - ewentualnie seriali typu Teoria wielkiego podrywy, Przyjaciele czy The Walking Dead. Zbliża się też nowy sezon House of Cards - a to, co dorosłe świry jak ja, lubią najbardziej. Wiadomo. I nagle ni z stąd, ni zowąd uświadamiasz sobie to, o czym mówiłem rozpoczynając ten akapit.
W dzisiejszym świecie wymiar cyfrowy, jego rozmach, blichtr poczucia zajebistości może być przyczynkiem do przedkładania wartości ponad to co najważniejsze, co nijako jest fundamentem naszej egzystencji czyli kontaktem z drugą osobą - jej zapachem, głosem czy gestami - tak innymi i pełnymi emocji w odróżnieniu do ich cyfrowych substytutów w postaci emotikonów.
Nie mam jeszcze internetowej schizofrenii, której objawem jest czekanie na  Facebook'owe "lajki" z wypiekami na polikach w odpowiedzi na dzielenie się informacjami ze swoich zaburzeń regularnego oddawania stolca. Nie ten level i nie sądzę by mi ten stan zagrażał - chyba jestem już za stary na takie pierdoły.
O ile Facebook jakoś nie szczególnie mnie pochłonął to Twitter mnie wciągnął niczym Garfield lazanie. Wchodzenie w interakcję z ludźmi na tematy, które wypełniają czołówki gazet, dzielenie się swoimi spostrzeżeniami, opiniami, czytanie zupełnie innego od naszego postrzegania spraw potrafił zabsorbować mój czas na wiele godzin - niestety kosztem rodziny.
Od dłuższego czasu żona zwraca mi uwagę, że aby ze mną porozmawiać niedługo będzie musiała umawiać się ze mną na audiencję drogą mailową. Osobiście nie dostrzegam tego problemu a w zasadzie nie dostrzegałem, aż do tego tygodnia.
- Co jest kurwa z tobą nie tak, baranie!? - ostatnio pytam się w myślach .
- Masz piękną żonę, dwójkę wspaniałych dzieciaków, a siedzisz i ślepisz się w ten jebany ekran tebleta czy telefonu niczym wróżbita Maciej w kryształową kulę!
I to ciągłe poczucie braku czasu, zerkanie ukradkiem co się wydarzyło kiedy byłem offline. A tym czasem gdzieś w czeluściach naszego niespełna 50 metrowego M3 niczym jakiś senny koszmar dochodzą mnie głosy...
- Tato,...Tato,...Tatooo?
- CO! Przecież słyszę! - odpowiadam w nie w pełni poczytalności, dzierżąc w łapie telefon odpisując na twetta - będąc w jednym momencie i online i offline!
- Mogę iść na dwór? - pyta córka i najczęściej słyszy...
- Zaraz! Poczekaj! Moment! - bo tatuś odpisuje. Bo tatuś ni w czort nie wie, co się wokół niego dzieje, jaka jest pogoda za oknem, temperatura - ale tatuś za to wie...kim jest kurwa "Bolek"!!!.
Tylko na chuj mnie ta wiedza?!
Żałosne to!
Powoli to sobie uświadamiam, krok po kroku jestem bardziej tu, na ziemi, wśród swoich niż tam gdzieś, gdzie wyznacznikiem prawdy jest mem, gdzie ćwierć inteligenci spierają się o to, co było pierwsze - jajko czy kura?! Czy wreszcie, gdzieś tam...gdzie nie ma tych, którzy są tu! Bo "tu" jak się ktoś do mnie uśmiechnie, to ten uśmiech odwzajemnię, a jak ktoś wyzwie - to mogę mu ostentacyjnie wyjebać z baniaka, a nie w przypływie emocji i z bezsilności poczęstować "bohatera" banem.
Słabe to!
Muszę wziąć się w garść, zebrać do kupy i zacząć żyć!
Nie skasuje konta na Twitterze ale od tygodnia napisałem trzy posty! Jest progres, jest świadomość i złość na zmarnowany czas śledząc to, co w zasadzie jest mało istotne.
Bo ważne i istotne rzeczy mam tu - przy sobie!
Jestem "Ćpunem"! Internetowym co prawda, ale konsekwencje oderwania się od otaczającej mnie rzeczywistości są jak najbardziej prawdziwe! Beneficjentem tego wszystkiego są oni - żona, dzieci - a to zdaje się...nie tak miało wyglądać.
Do tego wszystkiego jeszcze założyłem sobie bloga...ale w sumie, będzie czasem moim konfesjonałem.
Sory, że tak melancholijnie dziś ale ostatnimi czasy mam wahania nastrojów jak kobieta podczas PMS. Problem jest! Ale dzieci w Afryce z głodu umierają - twardym trza być a nie "mientkim" jak mawiał klasyk;-).
Zrewanżuję się następnym razem!

PS. W ciągu pierwszego miesiąca istnienia mojego "Konfesjnału" -  zdecydowano się już wejść do niego ponad 2000 razy! Czuję, że żona mnie podgląda;-)!!
Dziękuję i pozdrawiam!






czwartek, 18 lutego 2016

Ta muzyka jest, nieuleczalna...

Za mną już kilka sesji treningowych jak można było się spodziewać efektów...brak - choć...zakwasy ustały - a to #dobrazmiana.
Życie na płaskowyżu w tym tygodniu umila mi nowe dzieło kapeli, która odcisnęła swoje psychodeliczne piętno na umyśle nie jednego przedstawiciela mojego pokolenia albumem pt "Księga tajemnicza. Prolog" a mianowicie Kaliber 44!
Jak dla mnie - subiektywnie rzecz jasna "Ułamek tarcia" bo o tym albumie mowa jest...wręcz genialny i wyborny dla świadomego słuchacza złaknionego rapu bez zbędnej "spinki" i nadmiaru ciśnienia pod kopułką;-)!
Bije z niej nasz rodzimy oldschool - jest w tej płycie coś co każe mi iść do EMPIKu czy innego "dobrego sklepu" z muzyką i tą płytę po prostu kupić! Nie mam już 16 lat, osiemnastkę też już mam osiemnaście lat za sobą a to właśnie czasy, kiedy AbraDab z Joką i oczywiście Śp. Magikiem przecierali drogę dla rapu w Polskim wykonaniu. Każda płyta z tamtego okresu była w tworzącej się wtedy w naszym kraju kulturze hip-hop wyjątkowa, wyczekiwana a jakiekolwiek informację o zbliżającej się publikacji można było pozyskać raptem z kilku źródeł takich jak miesięcznik "Klan" czy prasie stricte skateboardingowej "Ślizg". Do tego dochodziły audycje np  w radio Szczecin, prowadzone przez nijaką Joannę Tyszkiewicz z rapowej "dumy pomorza" - "Snuz".
Pierwszy "official long play" godny uwagi jaki ukazał się w Polsce nakładem jakiejś poważnej wytwórni był sprawką małego, łysego krzykacza rodem z Kielc o ksywce Liroy - dziś szanowny Pan Poseł;-). Po nim byli inni krzykacze ze Wzgórza Ya-Pa-3 również wywodzący się z Kielc z dzisiejszy fanem targetu 5-10-15 nijakim Borixonem w składzie. Celowo pomijam tutaj niewątpliwe zasługi i wkład raperów reprezentujących takie sceny jak Warszawska, Wrocławska czy Wielkopolska gdyż w tamtym okresie z perspektywy czasu jaki upłynął - z całym szacunkiem dla ich twórczości - powstawał rap "oklepany", monotematyczny w porównaniu z  grupą o której dziś wspominam. Powyższe przykłady Liroya i WYP3 przytoczyłem tylko ze względów historycznych odnotowując nijako, kto był wtedy na scenie i jaki mniej więcej styl był preferowany przed zaistnieniem K44 w świadomości miłośników "kocich rytmów". Do dziś takie utwory jak "Usłysz mój głos"", "Nasze mózgi wypełnione są Marią" czy Plus i minus" to w kraju nad Wisłą klasyka - bez wątpienia, w każdym calu - zwłaszcza w dziedzinie nowatorskiego podejścia do przekazywania emocji poprzez zbitki rymów "o czymś". Ten niezwykły i oryginalny styl spowodował, że byli niepowtarzalni!
Okres od premiery pierwszego albumu do drugiego to potężny rozwój sceny muzycznej. Pojawia się coś, co z góry dostaje przydomek "uliczny rap", którego głównym przedstawicielem jest warszawska Molesta! W wielkopolsce niepodzielnie panuje Rychu aka Peja i jego Slums Attack już po rozstaniu z IceManem. Trend i ciśnienie na tzw "Thug Life" rozprzestrzenia się w naszym kraju niczym Aids w Afryce. Tym czasem jak grom z jasnego nieba spada informacja, że K44 wydaje drugą płytę. Kiedy wszyscy spodziewają się kontynuacji psychodelicznych ba, wręcz narkotycznych klimatów Panowie ze Śląska pokazują przeciętnemu odbiorcy rapu, że ten gatunek wcale nie musi być reprezentowany przez przedstawicieli tzw uliczników z pod ciemnej bramy! Pierwsza rzecz jaka przykuwa uwagę już od pierwsze numeru to to, że panowie zaczynają rapować w sposób zrozumiały - i to był szok! Singlowy "Film" promujący album "W 63 minuty dookoła świata" był bajeczny pod względem muzycznym jak i lirycznym to jednak  dla prostych chłopaków z ławki pod blokiem w warstwie tekstowej był nie do zaakceptowania. Słuchacze nie tego się spodziewali a przyzwyczajeni do "ulicznego rapu", który w zasadzie w ciągu 2 lat za sprawą m.in. warszawskiego producenta Dj Volta i jego gromadki "ziomków" wyznaczył nowy trend do naśladowania, który mógł przyćmić tylko nowy - stary - dobry Kaliber 44. Tym czasem, jak już wspomniałem płyta ta  została objechana delikatnie mówiąc przez środowisko hip-hopowe za sprawą "Warszawskiego Deszczu".
Jednak tematyka, luz i ogólny klimat nie przypadł do gustu odbiorców gdyż nie było..."Thug Life" a kawałki  takie jak "Gruby czarny kot...", "Może tak, może nie" - skądinąd świetne - stały się przyczynkiem do disowania! To nie była zła płyta - nic z tych rzeczy, wszystko się rozchodzi o diametralną zmianę w sposobie rapowania, który za sprawą poprzedniej płyt tak bardzo przykuł uwagę słuchaczy.
Myślę, że po wielu latach, każdy z was kto przesłucha jeszcze raz ten album na słuchawkach, w spokoju i z bagażem lat i dystansem do tego co było "modne" w tamtych czasach odnajdzie w tej płycie jej zajebistość! Jest ona wstępem do dalszego rozwoju twórczości choćby wspomnianego już wcześniej Śp. Magika (który po premierze płyty i zagraniu kilku koncertów postanowił rozstać się z grupą),  rozwoju solowej kariery AbraDaba i co mnie smuci najbardziej zniknięcia nietuzinkowego, cichego bohatera każdej płyty z pod znaku K44 - Joki!
W dwutysięcznym roku następuje to, o czym wspomniałem w poprzednim zdaniu! Kaliber 44 po rozstaniu z Magikiem wydaje album, którego ozdobą w okół której wszystko się kręci jest AbraDab - Joka schodzi na dalszy plan! Na płycie znajduje się w zasadzie 9 numerów a 3 z nich to solówki AbraDaba ponadto wsparcia udzielają WSZ i CNE członkowie dopiero co powołanego do życia koncertowego zaplecza K44 pod dźwięczą nazwą "Baku, Baku Skład", w którym też swój czynny udział ma Dj Feel-X związany ze zespołem od początku ich przygody z rapem. W tym wszystkim zanika gdzieś jeden z najbardziej niedocenianych MC w Polsce - Joka.
Mamy 2016 rok i po 16 latach Panowie w wieku prawie 40 lat wracają z nowym albumem, który rozpoczyna się tak, że kapcie z nóg zrywa! Dziś już nie słucham Polskich produkcji z takim zainteresowaniem jak chociażby 10-15 lat temu  i od dłuższego czasu uważam, że apogeum dobrego rapu w naszym kraju to lata 94-2004 to w tych latach powstawały najlepsze rapowe krążki do których do dziś wracam z wielką ochotą. Owszem zdarzało mi się przesłuchać płyty "nowych" artystów to jednak poza Taco Hemingwayem nic nie jest jakoś szczególnie wyróżniające się. Nic mnie ostatnio nie porwało tak, jak pierwsze wersy Joki na najnowszej produkcji:
"Siemano, dzień dobry, wieczór i cześć
Z tej strony Joka czy ktoś tam jest?
Bóg uformował świat przed dni 6
A u mnie jak na początku chlew
Chaos, porządku brak, ferment, grzech 
To jest mój rap ostry jak jeż
40 lat jak jedne skrecz
Cała wstecz

(Why Is It) Fresh?".
Tego mi brakowało, tego oczekiwałem od bodajże 2013 roku gdy od Open'era zaczęto plotkować o możliwości powrotu dinozaurów na scenę. I oto są! Rolling Stonesi naszego rodzimego rapu. I tak oto, dożyłem czasów kiedy nie muszę już dopytywać "...gdzie jest Joka? Gdzie jest Joka!?..." - on jest, więc "...bierz, masz to, czego chciałeś! Tego szukałeś? Więc masz to!...".
Ciszę się niezmiernie z możliwości nabycia tego krążka i nie mogę się doczekać wycieczki do jakiegoś sklepu by w końcu chwycić w łapska swój egzemplarz! Póki co ratuje mnie YouTube ale chęć posiadania na wyłączność tej historii jest coraz bardziej nieznośna w kontekście odległości do najbliższego sklepu z muzyką.
Jakoś samo tak wyszło, że postanowiłem przytoczyć wam trochę historii z własnego punktu widzenia, która w pewien sposób jest mi bardzo bliska gdyż pozwala wspominać i przywoływać te lepsze czasy. Czasy młodości,beztroski i tego odkrywania "po raz pierwszy". Dziś już chyba nic nie jest w stanie porwać mnie tak jak pierwsza płyta Kalibra, Molesty, Warszawskiego Deszczu czy Grammatika. Ponadczasowe płyty nagrało te towarzystwo i chwała im za to! Legendy nie umierają!



środa, 10 lutego 2016

"...spal tego tłuściocha, spal go ze mną..."

Czas na zmiany! Drastyczne! Dopadła mnie choroba zwana lustrzycą!
W końcu wyszło na jaw, że faktycznie - rzucenie nikotynowego nałogu sprzyja rozwojowi tej strasznej dolegliwości toteż postanowiłem, iż czas wziąć się za siebie bo... #dobrazmiana sama nie przyjdzie!
Już prawie połowa lutego, zaraz marzec i nastanie czas szykowania kortu bo do początku sezonu już zdecydowanie bliżej niż dalej. Nowa rakieta już kupiona jeszcze trochę piłek, buty, nowy naciąg, kilka tłumików i będę ready to battle!
Tylko to coś sterczące przede mną, co zasłania mi widok stóp, a co nie jest tym o czym teraz myślicie, że tym właśnie jest - nie daje mi spokoju! 
- Moja forma fizyczna to obraz nędzy i rozpaczy! - pomyślałem przyglądając się w lustrze. Czas najwyższy coś z tym zrobić... cokolwiek!
Ale co? Ostatnimi czasy zacząłem trochę biegać a w planie są jeszcze ćwiczenia, które można wykonywać samemu w domu takie jak chociażby "brzuszki" czy "pompki"! Grunt to systematyka, tylko po latach zaniedbań, przyzwyczajeń do spędzania wypoczynku w sposób pasywny a nie aktywny - czyli bardziej "leżing" niż trening będzie ciężko! Do tego przydałyby się jakaś dieta bo obecna-autorska, pod roboczym tytułem CCPP czyli...Chipsy, Cola, Prince-Polo się nie sprawdza;-). Wykonywana praca też mi nie pomaga choć jednak na "płaskodupie" jest jak znalazł! Ciężkie jest życie grubasa powiadam wam ale nic to #damyrade i to czym prędzej póki nie wyglądam jak Sherman Klump bohater filmu "Gruby i chudszy" choć odnoszę już wrażenie, że żona patrzy na mnie jakby z szerszej perspektywy. I nie ma się co dziwić - rosnę w zastraszającym tempie o czym przekonałem się ostatnio w pracy zwracając uwagę na rozchodzącą się koszule między guzikami a i spodnie też jakby trochę przyciasne się robią. Po głębszym zastanowieniu uzmysłowiłem sobie jednak, że dieta to zuoooo...wiec raczej sobie odpuszczę katowanie mojego organizmu tak drastycznymi środkami jak pochłanianie bezglutenowej paszy czy beztłuszczowych kotletów sojowych - nie oszukujmy się - kulturystom już nie będę!
Przez tą pieprzoną pogodę za oknem biegi przełajowe póki co nie wchodzą w rachubę więc zabieram się za ćwiczenia mające na celu spalenie tego "tłuściocha" przede mną - a moim trenerem będzie to...
...dokładnie tak, ten obrazek z Facebooka będzie moją Mekką, moją świątynią, moją ścianą płaczu. Tak będzie - krew, pot i łzy #byżyłosięlepiej - będę jak Marcin Mastalerek chcący być jak Adam Hoffman po rozstaniu z prezesem Jarkiem. Będę biegał, skakał, latał, pływał w tańcu w ruchu wypoczywał...nie no żart:-). Poniosło mnie trochę, muszę się przeciwstawić tej fali emocji bo jeszcze sobie krzywdę zrobię a nie to jest celem. Cel jest jeden, dobrze znany...zwłaszcza z profila, także...jak to powiedziała nasza Pani Premier - Praca nie obietnicę - i do roboty!
Dwa dni później...
Od dwóch dni zacząłem wdrażać plan ćwiczeń z obrazka, trochę go zmodyfikowałem gdyż okazało się, że niektóre z tych ćwiczeń, na tym stadium zaawansowania, na którym jestem są dla mnie czytelne jak Kamasutra dla dziewicy! Tak na serio to ćwiczenia ograniczyłem do zwykłych "pompek" i "brzuszków", jak tylko pogoda pozwoli to znów zacznę biegać. Póki co, to po dwóch dniach wszystko mnie boli, ale jak znajomy na fejsie pisał...jak boli - znaczy, że rośnie! Szczerze mówiąc...wątpię, ot po porostu zakwasy czyli element uboczny powiedzenia "sport to zdrowie" ale cóż to?! Trzeba się poświęcić - by...kiedy wyjdę na kort - sparingpartner nie zadawał zbędnych pytań w stylu... - a co to? Gramy dzisiaj w debla? 
Także mobilizacja jest, chęci i pokora też jednym słowem Unagi!!! Jak ktoś nie wie o co chodzi to zostawię tu poszlakę https://youtu.be/sbOK1lgPghE .
Czas kończyć jeśnie Panie i Panowie! Trening sam się nie wykona! Stay tuned!


wtorek, 9 lutego 2016

A miało być tak pięknie...

W poprzednią sobotę żona odebrała telefon od babci, która dzwoniła z zapytaniem czy przywieźlibyśmy dzieci do niej na ferie?
Jako że "Misi" zakończył się „turnus” feryjny w bibliotece miejskiej a przed nią rozpościerał się cały tydzień siedzenia w domu  z drugą babcią i "Majlem", który wciąż nie „kwalifikuje” się do pójścia do żłobka, wraz z żoną uznaliśmy, iż to świetny pomysł. Jedynym „malutkim” problemem było przekonanie córki o słuszności i poniekąd wręcz zajebistości takiej wyprawy. Córka jak już wam wspominałem jest domatorką i chyba wciąż jest połączona niewidzialną pępowiną ze swoją mamą gdyż, każda perspektywa spędzenia nocy poza domem i obecnością rodziców przyjmuje z nieskrywaną niechęcią. Tak - przekonywać ją musimy nawet do wizyty u babci i dziadka. Jakież było nasze zdziwienie gdy po nie zbyt długich, ale jednak - pertraktacjach okraszonych sporządzeniem plusów i minusów takiej wizyty cały podjęty przez nas trud zwieńczony został sukcesem! Ustaliliśmy datę wyjazdu a nawet udało nam się wynegocjować ilość nocy , które nasze kochane dziecko jest w stanie zaakceptować i spędzić u dziadków w liczbie...3. Pisząc te słowa, które przyszło wam czytać zdaję sobie sprawę z absurdalności całej tej chorej sytuacji. Przecież wyjazd do dziadków powinien być mega atrakcją dla dzieci a tym czasem moja córka zachowuje się tak jakbyśmy ją wysyłali na obóz przetrwania z Bearem Gryllsem!
Ale…mamy to! Pomyślałem ostatecznie mając przed sobą obraz sielanki jaka miała nas z żoną spotkać w nadchodzących dniach. Sobota minęła nam jak z przysłowiowego „bicza trzasnął” ledwo położyłem się spać, zamknąłem oczy i…niedziela! Jeszcze w sobotę ustaliliśmy z babcią, że przywieziemy dzieci około trzynastej następnego dnia – na obiad. Po leniwym „zerwaniu” się z łóżek - dzieci zjadły śniadanie, my popiliśmy kawę i przystąpiliśmy rozpoczęte poprzedniego dnia „dopakowywanie” niezbędnych dzieciom rzeczy, do umilania czasu na wyjeździe. Tak więc znalazłem największą torbę jaka była w mieszkaniu i zacząłem pakować zabawki "Majla". Góra zabawek choć i tak zdawałem sobie sprawę, że wystarczyły by mu „ciuchcie” z serii…uwaga wpis zawiera lokowanie produktu… "Tomek i przyjaciele” – taki etap! "Misia" spakowała sobie do plecaka kilka książeczek, kolorowanek, kredek, flamastrów i…tableta z ładowarką, który powoli staje się nierozłącznym elementem jej wizerunku – jak tatuś chociaż i "młody" zaczął się ów materią interesować.
Na szczęście z "Majlem" nie mamy tego problemu co z jego siostrą - typ powsinogi. Jest mu obojętne gdzie będzie spał, z kim będzie się bawił czy co będzie jadł! Byle był fun i bajki do zaśnięcia.
Około godziny 12:00 ruszyliśmy…cała na przód, ku nowej przygodzie. Po niespełna godzinie jazdy wypakowaliśmy toboły, dzieci, wózek i „wylądowaliśmy” u moich rodziców. Po chwili na aklimatyzację, zjedliśmy obiad i bez zbędnych ceregieli związanych z rozstaniem pożegnaliśmy się i ruszyliśmy z żoną…przed siebie. Wracając do domu kupiliśmy coś do umilenia sobie czasu przed TV: jakieś chrupki, słonecznik, piwko i z pełną werwą przystąpiliśmy do konsumpcji.
Sielanka i błogi spokój został zdruzgotany wraz z telefonem odległym od nas o 60km, za którym stał nie kto inny jak…"Misia" z przeraźliwym rykiem:
- Przyjedźcie po mnieeeeeeeeeee…
Czar prysł. Rozpoczęła się kolejna faza pertraktacji żony i córki a w słuchawce słychać było tylko szlochanie i jazgot przerywany czymś w rodzaju mowy ludzkiej. Panika! Po kilkunastu minutach sytuację udało się opanować na tyle, że można było się rozłączyć ale jak wcześniej napomknąłem…czar prysł - definitywnie.
Następnego dnia sytuacja się ustabilizowała ale prawdziwy kataklizm przyszedł wraz z następnym połączeniem z babcią. "Majlo" ma kaszel i…katar a jak później się też okazało przypałętała się i gorączka. Armagedon!
Pomijając już telefon o 4:00 nad ranem od babci z zapytaniem co młodemu podać i ile bo termometr wskazał 39⁰C decyzja o odebraniu dzieci zapadła ostatecznie już dzień wcześniej. I tak oto trzy noce z dala od dzieci mające nam dać zastrzyk nowej energii zmieniły się w dwie pełne nerwów doby, których najgorszemu wrogowi bym nie życzył.
I tak oto nastał wtorek…czekam, aż żona wróci z pracy i jedziemy po nasze „skarby” - ****psia jego mać!
Do niedzieli!

poniedziałek, 8 lutego 2016

Po pracy - o pracy!


Monitor komputera, klawiatura, telefon, stół, zielone drzwi z okienkiem. Za nim jakieś "chałabazie" na pierwszym planie dalej brukowa droga, tory i stolarnia. Taki widok towarzyszy mi niezmiennie od co najmniej 6-7 lat zanim to „władza” strąciła mnie z piętra na parter do rozkosznego miejsca jakim jest…sala obsługi. Stałem się pierwszą i jak się okazało jedyną ofiarą wdrażanego przez firmę procesu obsługi beneficjenta. Docelowo koło mnie miała zasiąść jeszcze jedna osoba, gdyż przyjęte mniej więcej w tym samym czasie procedury antykorupcyjne przez nasz zakład pracy przewidywały, iż żeby urzędnik nie był narażony na ten niecny proceder to druga para oczu nijako będzie stała na straży prawa. Szczytny cel! Ale nic z tego nie wyszło toteż zostałem sam na placu boju. Jednakże na brak towarzystwa nie narzekam – jak się okazało odwiedza mnie całkiem spore grono osób i każdy z problemem! Przychodzą i pytają:
- Panie, a kiedy ja dopłatę dostanę?
- Panie, a kiedy ja decyzję dostanę?
- Panie, a ile czasu mam czekać na pieniądze jak już decyzję dostałem?
- Panie, a sprawdzi Pan ile mam zwierząt na stanie?
- Panie! A wypełni mi Pan wniosek?!
- A…Panie…
I tak 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu i około 339 dni w roku – pozostałe 26 to urlop.
A skąd ja mam wiedzieć?! Czasami się śmieję z ludźmi, że na identyfikatorze mam napisane Marek Olejnik a nie Wróżbita Maciej. Chyba po matce mam dar skracania kontaktu w dyskusji z drugą osobą. Przekleństwem darów odziedziczonych w genach po matce – jest też to, że jestem głośny i impulsywny do tego stopnia, iż po dłuższej rozmowie pełnej pasji i emocji boli mnie nie tylko gardło ale od nadmiernego gestykulowania też i ręce. Poniekąd odnalazłem się w tej roli i jakbym zdobył się na wyżyny szczerości to być może też przyznałbym, że sprawia mi ona satysfakcję. A to chyba dobrze – mieć pracę z której czuje się satysfakcję. Ale żeby w pełni się z tym stwierdzeniem utożsamiać to…daleeeeeka droga!
Chyba każdy z nas ma w sobie takiego marudera coś na kształt tego o czym rapował Fokus w kawałku "Prewersje" że tak pozwolę sobie zacytować coś, co wydaje mi się idealnym odzwierciedleniem naszego "sportu narodowego" czyli narzekania na wszystko i tak "...Co tam? W odpowiedzi: chujowo jak zwykle!...Co tam? Spierdalaj w podskokach, zakupiłem wyspę, ale chujowa pogoda, piasek wchodzi w dupę, w pizdę i ciągnie od morza - Polak może ciągnąć listę. Nic się nie podoba choćby było zajebiste. Na szyi obroża, bo tak wychował ich system..." - i tak to mniej więcej wygląda! Wśród otaczających mnie osób na palcach jednej ręki mógłbym policzyć tych, którzy są usatysfakcjonowani swoją pracą, płacą i ogólnym klimatem jaki w niej panuje począwszy od osób będących w niedoli jak my poprzez osoby które naszą pracę nadzorują. Nie wiem skąd ta tendencja do marudzenia się bierze - bo przecież jest masa osób, która marzy by być na "naszym" miejscu - ba - mamy nawet powiedzenie "przestroga" odnoszące się do tego stanu rzeczy a mianowicie "wszędzie dobrze gdzie nas nie ma" po co ciągle narzekać?! Przecież to nic nie zmieni! Może czas pogodzić się z tym co się ma i zacząć to szanować - pogodzić się z własnymi ambicjami gdy pracodawca nie nie daje możliwość rozwoju?! A może - jak to mawiał klasyk - pierdolnąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady?!
Czas się wziąć w garść, zewrzeć poślady i postanowić co dalej! Stagnacja czy rozwój? Oto jest pytanie na które każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam!