sobota, 2 kwietnia 2016

Święta, święta i po świętach!

Przez święta wielkanocne trochę zaniedbałem moje "postanowienie noworoczne" ale było, minęło...I'm back;-).

Mimo, iż splot zdarzeń poprzedzających dwa dni świąt kompletnie zrujnował nam plany to osobiście, z tego miejsca chciałbym ogłosić, donośnie i uroczyście a także z przytupem i radością, że były to najlepiej spędzone dni świąteczne od hohohoh;-).

Ale po kolei...cały wielki tydzień "walczyłem o życie" wspomagając się na zmianę to Smektą to węglem a każdy posiłek lądował tam, gdzie przy grypie żołądkowej lądować powinien! Do pełni szczęścia brakowało tylko przeniesienia choróbska na młodego! Ale co się odwlecze to nie uciecze tak więc ostatecznie po telefonie ze żłobka okazało się, iż i jego choróbsko dopadło!
Dopełnieniem "radosnej" przedświątecznej atmosfery był drugi telefon tym razem od "dziadków", w którym z grobowym głosem babcia obwieściła, że dziadek co prawda ma się lepiej, choć wciąż jest na antybiotykach to jednak właśnie teraz - babci się udzieliło - co oznaczało odwołanie wcześniej zapowiedzianej wizyty.
Biorąc pod uwagę, że druga babcia miała wolną "chawirę" i gościa - perspektywa wizyty u niej ograniczyła się jeno do obiadku.

Tak więc nie roztrząsając tego co za nami - skupiliśmy się na tym co prze nami! Zakupy! Żona jak to żona jest nie oceniona w tego typu sytuacjach więc to ona ułożyła list niezbędnych produktów, co by o przysłowiowym "suchym pysku" świąt nie spędzić. Bez szaleństw do tego stopnia, że pisząc wam o tym uświadomiłem sobie, że na stole zabrakło...sałatki warzywnej!!! A jak ostatnio się dowiedziałem z "internetów" to symbol Polskości więc z racji tego nie dopatrzenia chciałbym oświadczyć - Jestem Polakiem!

W piątek przedświąteczny wziąłem wolne - wraz z "Misią" odstawiliśmy "Majla" do przedszkola - po czym uruchomiliśmy instynkt rasowego zakupoholika i ruszyliśmy tam gdzie zawsze "...niskie ceny". Jajka, mąka, mięcho, mleko, pyry i wiele, wiele innych produktów.

Dzieciaki wraz żoną przy akompaniamencie robota kuchennego, stworzyły mega babkę i torcika, co by na słodko czas przed srebrnym ekranem nam umilał. Faszerowane pieczarkami z cebulką ziemniaczki w mundurkach bez precyzyjnego nakładania ręką mistrza stylu i smaku w postaci syna w ogóle nie miały by sensu. Teściowa stworzyła wypasione rolmopsy a ja...ja sprzątałem, starając się nie przeszkadzać w kuchni.

W międzyczasie dziewczyny też przygotowały "święconkę" z którą następnie w asyście syna ruszyły poświęcić. Oczywiście "Majlo" - dusza towarzystwa dał czadu w kościele krzycząc i gestykulując w kierunku ludzi, oznajmiając swoje niezadowolenie gromkim "Zostaf toooo" na każdorazowy fakt "podkradania" przez nich, ich własnych koszyków spod ołtarza. Czy też kierując ruchem przy wyjściu z kościoła krzycząc "Nie syscy na ras!".
Ale to niestety znam tylko z opowieści;-).

Pierwszy dzień świąt jak już wcześniej wspomniałem spędziliśmy u teściowej i jej gościa na obiadku, po którym ruszyliśmy przed siebie, na spacer, który nie mógł się obyć bez odwiedzin placu zabaw. Dwójka dzieci, ja i moja ładniejsza połowa - fajna, bezwietrzna pogoda, czego chcieć więcej?!

Kulminacyjnym punktem świąt był dla nas drugi dzień.
W związku z tym, iż za oknem pogoda wyglądała na mocno wiosenną wyszedłem z propozycją aktywnego spędzenia tego ostatniego dnia w rodzinnym gronie! Więc ubraliśmy się "na sportowo", spakowaliśmy kanapki i ruszyliśmy do...Parku Dinozaurów! Doskonałe miejsce na spędzenie czasu z dziećmi - są place zabaw, szybka gastronomia i...dinozaury - modele rzecz jasna;-). Wielką frajdą dla "Majla" było wszystko co go otaczało a najbardziej spodobał mu się domek "grzybek" gdzie wraz z "Misią" i innymi dziećmi bawili się w "picenie ciasa" a my z żoną z lubością, przy kawie i frytkach przyglądaliśmy się tej krzątaninie. Na spokojnie. Na luzie. Bez zbędnej "spiny" - na relaksie w promieniach przebijającego przez konary drzew słońca - cudownie było;-). Dla takich chwil lubię święta - a nie, wymuszone siedzenie przy suto zastawionym stole z koszulą zapiętą po ostatni guzik opychając się gołąbkami, bigosem i...sałatką warzywną!;-).

Z całym szacunkiem do tradycji, wspólnego biesiadowania wraz z całą rodziną ale ten czas świąt Wielkanocnych jak spędziliśmy ostatnio w gronie najbliższych mi osób podoba mi się o wiele bardziej. Zwłaszcza w kontekście współcześnie przyjętym normom praca, dom, dom, praca, praca, dom. Warto się zatrzymać, nawet kosztem tradycji świątecznych, a czas ten wykorzystać na to, co przyjemne, co niby na co dzień człowiek ma ale obowiązki dnia powszedniego gdzieś zakrywają to co najważniejsze - rodzinę i oddanie się jej! I tego właśnie wam życzę - oddajcie się temu co przyjemne niech was pochłonie spontaniczność!

Niech Moc będzie z wami;-)

  




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz