Wielki dzień dziś. Niedziela palmowa! Zgodnie z Wikipedią zostało ono ustalone na pamiątkę przybycia Chrystusa do Jerozolimy. I niech tak będzie, nie będę dociekliwym, to mi wystarczy - nie jestem religijnym fanatykiem, a i do praktykującego jakoś mi daleko:-/.
Ale dziś też wielki dzień ma moja córka - otóż od dziś dla niej "Wielka niedziela" będzie się kojarzyć nie z przybyciem Chrystusa do Jerozolimy - bynajmniej, a z jej - pierwszą poważną wycieczką. Nie byle jaką, bo zagraniczną - niezbyt daleką - ale jednak.
Wraz z żoną jadą na Tropikalną wyspę, na której spędzą calusieńki dzień!
Czy może być coś dla 7 latki bardziej fascynującego niż perspektywa spełnienia tego co można przeczytać na ich stronie internetowej "Marzą Wam się tropikalne wyspy? Zapraszamy na krótki urlop do Tropical Islands! Czekają Was spacery po plaży Morza Południowego, ekspedycje po Lesie Tropikalnym, relaks w Strefie Saun, wiele wyjątkowych atrakcji dla dzieci i frajda dla całej rodziny".
Także sami rozumiecie - przekazywanie tradycji chrześcijańskich z pokolenia na pokolenie odwlecze nam się w czasie.
Ja z "Majlem" zostałem w domu, żonka rozpisała nam (w sensie mi) - mini plan działań do wykonania na dziś, którego i tak nie zapamiętałem w całości, ale i tak - ten, tego...no - nudzić się nie będę;-).
Mam cały bajzel w kuchni do ogarnięcia po tym jak dziewczyny z samego rana szykowały wyprowiantowanie na podróż. "Majlo" jeszcze śpi, kawa zrobiona, wyra pościelone! Teraz tylko czekam, aż młody wstanie, zje śniadanie i zaczniemy realizować grafik.
Ale puki co rozkoszuję się "Cantaloupe Island" - Herbiego Hencocka, popijając kawę i klepiąc paluchami w klawiaturę mojego/naszego nowego nabytku w postaci czerwonego Asusa o standardowej przekątnej 15,6".
Stary sprzęt - również tej samej firmy tylko 10" odszedł do lamusa a w jego miejsce wkroczył wielki, czerwony potwór powodujący we mnie nie odparte wrażenie - jakbym siedział przed telewizorem;-). Toż to ledwo mi się na stole w kuchni mieści! Ale wznieśmy się ponadto - niczym Claire i Francis Underwood wznieśli się ponad małżeństwo;-).
Czeka mnie dziś wspaniały dzień obcowania z synem - sam na sam! Tylko ja i on...i ta nieszczęsna lista spraw pilnych - do zrobienia. Damy radę choć mistrzem organizacji nie jestem ale podświadomość mi podpowiada, że jak nie ja to...nikogo innego tu nie ma;-).
Więc plan jest taki:
1. Posprzątać chawirę - ale to jak mały wstanie - bez odkurzania się nie obejdzie;
2. Wyjść do Pepco po ozdoby na "pisankę" - przy okazji zaliczymy też i spacer;
3. Zrobić wydmuszkę - ogarnąłem temat na YouTube - jakby ktoś, coś to...https://www.youtube.com/watch?v=2TfdPhDGhjE
4. Przygotować ciuchy na jutro - mam do ogarnięcia dwoje dzieciaków i deadline na stawienie się w pracy - 7:30, także naszykowane ciuchy będą jutro z samego rana jak znalazł;
5. yyy...nie pamiętam, czekam aż żona na "Tropikalnej wyspie" znajdzie Wi-Fi i się odezwie;-). Będę pytał, bo kto pyta nie błądzi.
Jest 7:15 - kawa wypita, zmywarka wstawiona, kuchnia względnie ogarnięta - młody wciąż śpi...
Zerkam na zegar...12:15 - mieszkanie odkurzone, kurze starte, podłogi pomyte! Młody jeszcze nie śpi, choć już trze ślepia...czas leci - jeszcze muszę wyskoczyć do Pepco, po ozdoby do pisanki dla "Misi" zanim zamkną.
Wydmuszki?! Już zrobione, spakowane w plastikowym pojemniku, owinięte papierowym ręcznikiem, każda z osobna - zrobiłem 3 bo jak wiadomo do trzech razy sztuka;-). Ciuchy już też, zawczasu ogarnąłem - także leżą i czekają na jutro. I co tu robić? Lista spraw pilnych - zrealizowana ale wciąż mam wrażenie, że o czymś zapomniałem. Zerkam znów na zegarek...13:00- młody nie śpi - to ostatni moment na wypad po te nieszczęsne ozdoby i jakieś drobne zakupy w "Bidzie" - idę!
Ubrałem "Majla", siebie i ruszyliśmy przez "ścieżkę zdrowia" (psychicznego) tzn. Bagietka, Pepco, kiosk Ruchu, Biedronka. W tej ostatniej syn postawił mnie przed faktem dokonanym - chwycił wieeeelkie Kinder jajo i...już nie puścił - z 15 zeta w plecy a przede mną jeszcze droga powrotna!
W Pepco ku mojemu zaskoczeniu dał się przekonać, że zestaw 8 resoraków jest gorszy od wozu strażackiego za 4,99zł - zuch chłopak!
Super dzień mi się trafił - "Majlo" daje żyć, biorąc pod uwagę, że nie spał popołudniu - pewnie szybko zaśnie na noc, więc jeszcze będzie czas na ostatni odcinek czwartego sezonu House of Cards -
czyli odrobina przyjemności nie związanej z opieką nad dzieckiem, na którą uważam, że zasłużyłem.
W momencie pisania ostatniego zdania młody...zasnął i...CHDiKK z wieczornych przyjemności!
Zerkam na zegar...14:30 - dam mu godzinę, po czym zastosuję terapię wstrząsowo-szokową i go obudzę...
Terapia wstrząsowo-szokowa przyniosła zamierzony efekt - młody wstał. Zerkam na zegarek...16:20 - od około 20 minut młody bawi się wozem strażackim za 4,99zł. To był dobry zakup - dający chwilę wytchnienia od wspólnej zabawy! Nie to, żeby mnie ona męczyła ale jednak puszczanie "ciuchci" ze zjeżdżalni przez bitą godzinę potrafi zmiękczyć każdej dorosłej osobie pokłady cierpliwości.
Od mniej więcej 5:50 nieustannie trwa niedzielny relaks - mój i dziewczyn, które gdzieś tam hen na "rajskiej wyspie" rozkoszują się własnym towarzystwem oddając się zabawie - my również nie próżnujemy - czas na klocki. Będzie wieża - wtem...babcia zadzwoniła z propozycją pogaduch przez Skypea. Młody się ucieszył - ze 40 minut nawijał jej i dziadkowi "makaron" na uszy:-). Szkoda, że mamy tak mało czasu na odwiedzanie dziadków czuję, że pewnego, pięknego dnia "Majlo" będzie miał do nas żal o to! Po każdej takiej rozmowie obiecuję sobie, że częściej będziemy jeździć w moje rodzime strony ale...pewnie będzie jak zawsze.
Sprzątanie, zabawa, sprzątanie, zabawa chwila odpoczynku i powtórka. Czuję się wypompowany, zerkam na zegar...20:45- nastąpiło ewidentne zmęczenie materiału. Przebrałem młodego w pidżamę i położyłem do łóżka a nuż, widelec zaśnie?!
Popijam wodę, wyciąga naczynia ze zmywarki - w tle "Stressed Out" A Tribe Calle Quest i Faith Evans...fajny beat! Idealny na zakończenie dnia, jeszcze serialik, tym razem coś od Marvela - Daredevil o ile księciunio raczy zasnąć o rozsądnej porze.:-/
Zerkam na zegarek i...21:47 - zasnął!!!!!
Mission Completed!!!
niedziela, 20 marca 2016
niedziela, 13 marca 2016
O wstydzie i polityce. Czyli freestyle made in Ja!
Straszne, nie wyobrażalne faux pas popełniłem. Nie wybaczalne wręcz, haniebne, koszmarnie głupie, przykre, zadające cios - niemalże śmiertelny środowisku muzycznemu, dla którego osoba ta, również dla mnie - jest IKONĄ. Mało tego osoba ta - jest również niepełnosprawna tzn. jest niewidoma! Popełniłem jakby to określić delikatnie rzecz ujmując...Combo killera! Hańba mi! Będę smażył się w piekle za to!
Otóż w jednym z twittów zasugerowałem, iż Stevie Wander nie żyje!!!
A to psikus - Stevie nie dość, że żyje, to jeszcze nie tak dawno temu, wystąpił podczas przerwy w meczu o mistrzostwo NFL. Wstyd na cały świat - w sensie nie to, że Steavie wystąpił podczas Super Bowl, tylko wstyd mnie - za to co napisałem. Ale nie cofnę czasu, nie będę usuwał wpisu, bo i po co?! Jak to mówią w internecie nic nie ginie, a mężczyznę od chłopca odróżnia to, że potrafi brać odpowiedzialność za słowa. I biorę ją! Ten wpis będzie moją Karmą, klasycznym przypadkiem prawa: przyczyna - skutek.
Nie jestem osobą publiczną i wiem, że skutki moich haniebnych czynów w sieci (nie hejterskich) raczej nie zrujnują mi życia. Co innego osoby ze "świecznika" - te mają sporo do stracenia! Popularność w ich przypadku wymusza wręcz na nich efekt tzw. poprawności politycznej czego późniejszym skutkiem jest np. usuwanie niewygodnych, dwuznacznych wpisów na portalach społecznościowych - stworzonych na fali emocji czy pod wpływem chwil -nie ważne, jak zwał, tak zwał.
Z takiego ekstrawaganckiego paplania wirtualnym jęzorem słynęła np. obecna szefowa "Wiadomości" TVP - Marzena Paczuska. Otóż w momencie kiedy zaczęto plotkować o możliwości objęcia przez nią owego stanowiska, ta usunęła większość swoich wpisów na Twitterze. Tego typu działań nie ustrzegli się również prawicowi dziennikarze jak Marek Magierowski, Marcin Kędryna czy też Samuel Pereira, którzy zasilili stronę rządową, bądź objęli stanowiska z tzw. politycznego nadania.
Wszystkich ich łączy jedna rzecz - nie, wcale nie mam na myśli tego, kogo popierają, a to, że każdy z nich zapomniał maksymy, która swoją legendą już pewnie nie długo dorówna tej o piłce i tym, że bramki są dwie - a mianowicie...w sieci nic nie ginie!!!
Z ostatnich przykładów jakie można przytoczyć to wpis jaki pojawił się na Twitterowym koncie Kancelarii Prezydenta o tym, że Prezydent RP popiera zmianę nazwy lotniska imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku, tuż po tym jak za sprawą prokuratorów z IPN "trupy" z szafy Kiszczaka ujrzały światło dzienne. Jeszcze tego samego dnia osoba prowadząca konto KPRP na powyżej przytoczony portalu społecznościowym przeprosiła za to, a sam Prezydent zaprzeczył by takie słowa kiedykolwiek padły z jego ust. Wstydliwa piaskownica!
Sporo wstydu musiał się najeść swego czasu nijaki Mateusz Kijowski - założyciel Komitetu Obrobrony Demokracji! Otóż okazało się, iż ów jegomość, krzyczący z mównicy na organizowanych przez KOD wiecach hasła przeciwko łamaniu prawa przez obecnie panującą nam "władzunię" sam je łamie - nie płacąc alimentów! Żenujący typ, choć nie wiem kto bardziej on, czy biorący go w obronę tymi oto słowami redaktor Polityki i TokFm Jacek Żakowski "...w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę..."! K...a! Z całym szacunkiem dla Pana redaktora Żakowskiego ale Kijowski nie płaci alimentów, nie od rozpoczęcia "wojny" tylko co najmniej od 3 lat wstecz!
Szczególnym przypadkiem specjalnej troski jest kazus o zasięgu bardziej w skali makro czyli wybory parlamentarne/samorządowe jednym słowem polityka!
Jedna, jedyna rzecz, zapadła mi w pamięć z wyborów w 2005 roku a w zasadzie to, co było po nich! Otóż w momencie, w którym Prawo i Sprawiedliwość zdobyło dublet czyli odnieśli zwycięstwo w wyborach parlamentarnych a ich przedstawiciel Ś.P. Lech Kaczyński został wybrany na Prezydenta RP, w narodzie zapanowała dziwna anomalia! Wstyd! Mało było takich, którzy otwarcie mówili na kogo oddali swój głos! Nie bez przyczyny popularny w tamtym okresie stał się żart, którego sentencja brzmiała mniej więcej tak: "...jak to jest, że nikt na nich nie głosował a wygrali?"
I tak to z tymi naszymi wyborami jest. Najpierw na fali emocji idziemy głosować, po ogłoszeniu "wyroku" odczuwamy radość, a jak już zaczniemy odczuwać zażenowanie postawą tych, na których oddaliśmy głos to podkulamy pod siebie przysłowiowy ogon i mówimy:
- Co za debil na nich głosował?!
I jak, na bazie takich wszędobylskich zachowań, wymagać później odpowiedzialności za słowa i czyny, których się dopuścili wybrańcy narodu, skoszarowani w przysłowiowym "cyrku" na ul. Wiejskiej w stolicy z immunitetem w ręku?! Ano...nijak, gdyż oni nie czują tego, co ty czy ja! Wstydu nie czują!
Jeszcze do czegoś wam się przyznam! Głosowałem na Lecha Kaczyńskiego we wspomnianych wcześniej wyborach prezydenckich w 2005 roku. I nie wstydzę się tego, gdyż uważam, że na tamten czas był najlepszym kandydatem - no przecież nie wnuk wermachtowca z wilczymi oczami;-). To oczywiście żart ale na prawdę uważam, że Lech Kaczyński w 2005 roku przekonywał bardziej niż plastikowy Donald Tusk ze swoją zamerykanizowaną kampanią wyborczą!
Daleko mi do bycia entuzjastą #dobrazmiana (PiS) w zasadzie równie daleko mi do tych, co głosili hasła #byzylosielepiej (PO), gdyż ani jedni, ani drudzy tak na prawdę w tych swoich spotach kampanijnych nie określają grupy docelowej, której ta cała maskarada ma dotyczyć!
Patrząc z pewnym dystansem na to, co dziś można zobaczyć i usłyszeć w programach informacyjnych, coraz bardziej jestem przekonany o tym, że nasi politycy od lewa do prawa kierują się jednym i tym samym programem na rządzenie, który określił bym mianem Rodzina na swoim! W dodatku to wszędobylskie TKM (Teraz Kurwa My) jest nie do zniesienia! Czy na prawdę jedynym czynnikiem pchającym ludzi w ramiona polityki są "stołki" - mierny, bierny ale wierny!? Na prawdę! A tak po ludzku - nie wstyd wam! Gdzie się podziali społecznicy, którym przyświecały ideały, którzy mieli coś do powiedzenia w obszarze, który znają, w którym się kształcili, w którym czują się mocni, w którym można powiedzieć są ekspertami?! Czy na prawdę ktoś wierzy w to, że wraz z nabyciem legitymacji partyjnej, byle chłystek staje się ekspertem z zakresu fizyki kwantowej, medycyny czy prawa? Czy wy na prawdę moi drodzy wierzycie w to, że typek o nazwisku "Sasin", który studiował historię, może mieć wiedzę z zakresu prawa konstytucyjnego by pouczać ludzi, którzy na tym prawie zjedli przysłowiowe zęby! Czy na prawdę ktoś z was, wierzy w to, że typek o nazwisku "Kosiniak-Kamysz" może zarzucać obecnie rządzącym kumoterstwo czy nepotyzm, czyli to czego jego partia z której się wywodzi była niemal prekursorem na Polskiej scenie politycznej?! Ludzie czy wy nie macie wstydu?!
Otóż w jednym z twittów zasugerowałem, iż Stevie Wander nie żyje!!!
A to psikus - Stevie nie dość, że żyje, to jeszcze nie tak dawno temu, wystąpił podczas przerwy w meczu o mistrzostwo NFL. Wstyd na cały świat - w sensie nie to, że Steavie wystąpił podczas Super Bowl, tylko wstyd mnie - za to co napisałem. Ale nie cofnę czasu, nie będę usuwał wpisu, bo i po co?! Jak to mówią w internecie nic nie ginie, a mężczyznę od chłopca odróżnia to, że potrafi brać odpowiedzialność za słowa. I biorę ją! Ten wpis będzie moją Karmą, klasycznym przypadkiem prawa: przyczyna - skutek.
Nie jestem osobą publiczną i wiem, że skutki moich haniebnych czynów w sieci (nie hejterskich) raczej nie zrujnują mi życia. Co innego osoby ze "świecznika" - te mają sporo do stracenia! Popularność w ich przypadku wymusza wręcz na nich efekt tzw. poprawności politycznej czego późniejszym skutkiem jest np. usuwanie niewygodnych, dwuznacznych wpisów na portalach społecznościowych - stworzonych na fali emocji czy pod wpływem chwil -nie ważne, jak zwał, tak zwał.
Z takiego ekstrawaganckiego paplania wirtualnym jęzorem słynęła np. obecna szefowa "Wiadomości" TVP - Marzena Paczuska. Otóż w momencie kiedy zaczęto plotkować o możliwości objęcia przez nią owego stanowiska, ta usunęła większość swoich wpisów na Twitterze. Tego typu działań nie ustrzegli się również prawicowi dziennikarze jak Marek Magierowski, Marcin Kędryna czy też Samuel Pereira, którzy zasilili stronę rządową, bądź objęli stanowiska z tzw. politycznego nadania.
Wszystkich ich łączy jedna rzecz - nie, wcale nie mam na myśli tego, kogo popierają, a to, że każdy z nich zapomniał maksymy, która swoją legendą już pewnie nie długo dorówna tej o piłce i tym, że bramki są dwie - a mianowicie...w sieci nic nie ginie!!!
Z ostatnich przykładów jakie można przytoczyć to wpis jaki pojawił się na Twitterowym koncie Kancelarii Prezydenta o tym, że Prezydent RP popiera zmianę nazwy lotniska imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku, tuż po tym jak za sprawą prokuratorów z IPN "trupy" z szafy Kiszczaka ujrzały światło dzienne. Jeszcze tego samego dnia osoba prowadząca konto KPRP na powyżej przytoczony portalu społecznościowym przeprosiła za to, a sam Prezydent zaprzeczył by takie słowa kiedykolwiek padły z jego ust. Wstydliwa piaskownica!
Sporo wstydu musiał się najeść swego czasu nijaki Mateusz Kijowski - założyciel Komitetu Obrobrony Demokracji! Otóż okazało się, iż ów jegomość, krzyczący z mównicy na organizowanych przez KOD wiecach hasła przeciwko łamaniu prawa przez obecnie panującą nam "władzunię" sam je łamie - nie płacąc alimentów! Żenujący typ, choć nie wiem kto bardziej on, czy biorący go w obronę tymi oto słowami redaktor Polityki i TokFm Jacek Żakowski "...w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę..."! K...a! Z całym szacunkiem dla Pana redaktora Żakowskiego ale Kijowski nie płaci alimentów, nie od rozpoczęcia "wojny" tylko co najmniej od 3 lat wstecz!
Szczególnym przypadkiem specjalnej troski jest kazus o zasięgu bardziej w skali makro czyli wybory parlamentarne/samorządowe jednym słowem polityka!
Jedna, jedyna rzecz, zapadła mi w pamięć z wyborów w 2005 roku a w zasadzie to, co było po nich! Otóż w momencie, w którym Prawo i Sprawiedliwość zdobyło dublet czyli odnieśli zwycięstwo w wyborach parlamentarnych a ich przedstawiciel Ś.P. Lech Kaczyński został wybrany na Prezydenta RP, w narodzie zapanowała dziwna anomalia! Wstyd! Mało było takich, którzy otwarcie mówili na kogo oddali swój głos! Nie bez przyczyny popularny w tamtym okresie stał się żart, którego sentencja brzmiała mniej więcej tak: "...jak to jest, że nikt na nich nie głosował a wygrali?"
I tak to z tymi naszymi wyborami jest. Najpierw na fali emocji idziemy głosować, po ogłoszeniu "wyroku" odczuwamy radość, a jak już zaczniemy odczuwać zażenowanie postawą tych, na których oddaliśmy głos to podkulamy pod siebie przysłowiowy ogon i mówimy:
- Co za debil na nich głosował?!
I jak, na bazie takich wszędobylskich zachowań, wymagać później odpowiedzialności za słowa i czyny, których się dopuścili wybrańcy narodu, skoszarowani w przysłowiowym "cyrku" na ul. Wiejskiej w stolicy z immunitetem w ręku?! Ano...nijak, gdyż oni nie czują tego, co ty czy ja! Wstydu nie czują!
Jeszcze do czegoś wam się przyznam! Głosowałem na Lecha Kaczyńskiego we wspomnianych wcześniej wyborach prezydenckich w 2005 roku. I nie wstydzę się tego, gdyż uważam, że na tamten czas był najlepszym kandydatem - no przecież nie wnuk wermachtowca z wilczymi oczami;-). To oczywiście żart ale na prawdę uważam, że Lech Kaczyński w 2005 roku przekonywał bardziej niż plastikowy Donald Tusk ze swoją zamerykanizowaną kampanią wyborczą!
Daleko mi do bycia entuzjastą #dobrazmiana (PiS) w zasadzie równie daleko mi do tych, co głosili hasła #byzylosielepiej (PO), gdyż ani jedni, ani drudzy tak na prawdę w tych swoich spotach kampanijnych nie określają grupy docelowej, której ta cała maskarada ma dotyczyć!
Patrząc z pewnym dystansem na to, co dziś można zobaczyć i usłyszeć w programach informacyjnych, coraz bardziej jestem przekonany o tym, że nasi politycy od lewa do prawa kierują się jednym i tym samym programem na rządzenie, który określił bym mianem Rodzina na swoim! W dodatku to wszędobylskie TKM (Teraz Kurwa My) jest nie do zniesienia! Czy na prawdę jedynym czynnikiem pchającym ludzi w ramiona polityki są "stołki" - mierny, bierny ale wierny!? Na prawdę! A tak po ludzku - nie wstyd wam! Gdzie się podziali społecznicy, którym przyświecały ideały, którzy mieli coś do powiedzenia w obszarze, który znają, w którym się kształcili, w którym czują się mocni, w którym można powiedzieć są ekspertami?! Czy na prawdę ktoś wierzy w to, że wraz z nabyciem legitymacji partyjnej, byle chłystek staje się ekspertem z zakresu fizyki kwantowej, medycyny czy prawa? Czy wy na prawdę moi drodzy wierzycie w to, że typek o nazwisku "Sasin", który studiował historię, może mieć wiedzę z zakresu prawa konstytucyjnego by pouczać ludzi, którzy na tym prawie zjedli przysłowiowe zęby! Czy na prawdę ktoś z was, wierzy w to, że typek o nazwisku "Kosiniak-Kamysz" może zarzucać obecnie rządzącym kumoterstwo czy nepotyzm, czyli to czego jego partia z której się wywodzi była niemal prekursorem na Polskiej scenie politycznej?! Ludzie czy wy nie macie wstydu?!
Subskrybuj:
Posty (Atom)