Ciężki tydzień za mną a kolejne przede mną w niezbyt odległej perspektywie. Ostatnio za sprawą żony uświadomiłem sobie, że dużo myślę tylko...nie o tym co trzeba. Łeb mi pęka od natłoku przemyśleń, skumulowanych po niezbyt przyjemnych słowach jakie w ostatnim tygodniu było mi dane - i wypowiedzieć - i usłyszeć.
Otóż dotarło do mnie w końcu jak ciężkie jest życie z takim dzikim gnomem jak ja. Nie wiem czy to jakiś przedwczesny kryzys wieku średniego czy po prostu lenistwo. Jeszcze jedna opcja wchodzi w grę i z tego - być może, a wręcz prawdopodobnie - nałogu - chciałbym się wyspowiadać!
Portale społecznościowe, nowinki techniczne i pieprzone Wi-Fi wpędziły mnie w nie lada tarapaty. Od zawsze byłem łasy na rzeczy, które mnie w pewien sposób resetują np. gry video. Nie wczuwam się w postać, rzadko kiedy też śledzę historię na ekranie raczej gram dla grania dla relaksu. Odpręża mnie to...no może poza grami "sportowymi", które wprawiają mnie raczej w stan irytacji niż satysfakcji.
Telewizja też jest niezłym narkotykiem o czym wiadomo nie od dziś. Sztampowe programy odmóżdżające umysł nie służą niczemu i nikomu, no może poza ich twórcami i stacjami telewizyjnymi, które dzięki nim trzepią niezły hajs na blokach reklamowych. Tudzież w odróżnieniu od gier komputerowych w TV odpręża mnie oglądanie sportu właśnie - ewentualnie seriali typu Teoria wielkiego podrywy, Przyjaciele czy The Walking Dead. Zbliża się też nowy sezon House of Cards - a to, co dorosłe świry jak ja, lubią najbardziej. Wiadomo. I nagle ni z stąd, ni zowąd uświadamiasz sobie to, o czym mówiłem rozpoczynając ten akapit.
W dzisiejszym świecie wymiar cyfrowy, jego rozmach, blichtr poczucia zajebistości może być przyczynkiem do przedkładania wartości ponad to co najważniejsze, co nijako jest fundamentem naszej egzystencji czyli kontaktem z drugą osobą - jej zapachem, głosem czy gestami - tak innymi i pełnymi emocji w odróżnieniu do ich cyfrowych substytutów w postaci emotikonów.
Nie mam jeszcze internetowej schizofrenii, której objawem jest czekanie na Facebook'owe "lajki" z wypiekami na polikach w odpowiedzi na dzielenie się informacjami ze swoich zaburzeń regularnego oddawania stolca. Nie ten level i nie sądzę by mi ten stan zagrażał - chyba jestem już za stary na takie pierdoły.
O ile Facebook jakoś nie szczególnie mnie pochłonął to Twitter mnie wciągnął niczym Garfield lazanie. Wchodzenie w interakcję z ludźmi na tematy, które wypełniają czołówki gazet, dzielenie się swoimi spostrzeżeniami, opiniami, czytanie zupełnie innego od naszego postrzegania spraw potrafił zabsorbować mój czas na wiele godzin - niestety kosztem rodziny.
Od dłuższego czasu żona zwraca mi uwagę, że aby ze mną porozmawiać niedługo będzie musiała umawiać się ze mną na audiencję drogą mailową. Osobiście nie dostrzegam tego problemu a w zasadzie nie dostrzegałem, aż do tego tygodnia.
- Co jest kurwa z tobą nie tak, baranie!? - ostatnio pytam się w myślach .
- Masz piękną żonę, dwójkę wspaniałych dzieciaków, a siedzisz i ślepisz się w ten jebany ekran tebleta czy telefonu niczym wróżbita Maciej w kryształową kulę!
I to ciągłe poczucie braku czasu, zerkanie ukradkiem co się wydarzyło kiedy byłem offline. A tym czasem gdzieś w czeluściach naszego niespełna 50 metrowego M3 niczym jakiś senny koszmar dochodzą mnie głosy...
- Tato,...Tato,...Tatooo?
- CO! Przecież słyszę! - odpowiadam w nie w pełni poczytalności, dzierżąc w łapie telefon odpisując na twetta - będąc w jednym momencie i online i offline!
- Mogę iść na dwór? - pyta córka i najczęściej słyszy...
- Zaraz! Poczekaj! Moment! - bo tatuś odpisuje. Bo tatuś ni w czort nie wie, co się wokół niego dzieje, jaka jest pogoda za oknem, temperatura - ale tatuś za to wie...kim jest kurwa "Bolek"!!!.
Tylko na chuj mnie ta wiedza?!
Żałosne to!
Powoli to sobie uświadamiam, krok po kroku jestem bardziej tu, na ziemi, wśród swoich niż tam gdzieś, gdzie wyznacznikiem prawdy jest mem, gdzie ćwierć inteligenci spierają się o to, co było pierwsze - jajko czy kura?! Czy wreszcie, gdzieś tam...gdzie nie ma tych, którzy są tu! Bo "tu" jak się ktoś do mnie uśmiechnie, to ten uśmiech odwzajemnię, a jak ktoś wyzwie - to mogę mu ostentacyjnie wyjebać z baniaka, a nie w przypływie emocji i z bezsilności poczęstować "bohatera" banem.
Słabe to!
Muszę wziąć się w garść, zebrać do kupy i zacząć żyć!
Nie skasuje konta na Twitterze ale od tygodnia napisałem trzy posty! Jest progres, jest świadomość i złość na zmarnowany czas śledząc to, co w zasadzie jest mało istotne.
Bo ważne i istotne rzeczy mam tu - przy sobie!
Jestem "Ćpunem"! Internetowym co prawda, ale konsekwencje oderwania się od otaczającej mnie rzeczywistości są jak najbardziej prawdziwe! Beneficjentem tego wszystkiego są oni - żona, dzieci - a to zdaje się...nie tak miało wyglądać.
Do tego wszystkiego jeszcze założyłem sobie bloga...ale w sumie, będzie czasem moim konfesjonałem.
Sory, że tak melancholijnie dziś ale ostatnimi czasy mam wahania nastrojów jak kobieta podczas PMS. Problem jest! Ale dzieci w Afryce z głodu umierają - twardym trza być a nie "mientkim" jak mawiał klasyk;-).
Zrewanżuję się następnym razem!
PS. W ciągu pierwszego miesiąca istnienia mojego "Konfesjnału" - zdecydowano się już wejść do niego ponad 2000 razy! Czuję, że żona mnie podgląda;-)!!
Dziękuję i pozdrawiam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz